czwartek, 28 stycznia 2010

Wieczór szósty

Moje myśli w owocowej posypce, bez dodatku cukru, a mimo to przesłodzone. Prószyć - takie piękne słowo. Delikatne, bez przesady. Marzę czasem, by poprószyć.

Ostatnie wdechy paryskich spalin wciągam dziarsko dzień w dzień, nie dając nikomu spokoju. Cztery walizki jęczą z bólu (spowodowanego lekką nadwagą, ale kto by tu nie przytył, w kraju krłasantów i czekoladowych chlebków, a wreszcie i tych długich, dziwnych, twardych bułek. W końcu po to się tu przyjeżdża).


to już tuż tuż

niedziela, 17 stycznia 2010

Wieczór piąty

Dziś dostałam:

- Wczoraj to już HISTORIA. Jutro to wielka NIEWIADOMA. Dzisiaj to DAR OD LOSU.
- Uporządkuj tematy jak na stole montażowym. Zostaw wątki najważniejsze - resztę WYRZUC.
- Tylko sam na sam ze sobą dowiesz się, gdzie masz iśc. Nie "gdzie chcesz", ale gdzie MASZ iśc - którędy wiedzie Cię szlak. SAMOTNOŚC jest PO COŚ. Odkryj, po co.
- Z prądem płyną tylko śmieci.


Z tymi naukami osunę się w przepaśc pełną marzeń, snów, gdybań. Tam, gdzie nikt mnie nie dogoni.

sobota, 16 stycznia 2010

Wieczór czwarty

Szum myśli, skojarzeń, emocji w moim ciele nie daje mi czystości spojrzenia. By wybrac to, co istotniejsze. To, co właściwe. Mój mózg przypomina ulice, labirynt ścieżek, po których przechadzają się zwiastuny życia. I obawy. Ich jest najwięcej, nie da się ich rozproszyc, zając czymś, by nie łaziły tak bez celu, tworząc niepotrzebnie sztuczny tłum.

Czy... Nie, nie zadam kolejnego pytania. I tak nie znajdę na nie odpowiedzi. Pytania do samej siebie to strata czasu - tak szybko mknącego w odwrotnym kierunku, niż by się chciało.

Najlepiej nie myślec.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Wieczór trzeci

Myśli płynące po oceanie życia. Powoli dryfujące po tafli słodko-kwaśnej wody, czasem zatapiające się nieuważnie, bądź wciągnięte tam siłą. Rzadko na głęboką wodę. I zazwyczaj tylko na moment - tak bez tlenu dławiące się myśli, chwile, wspomnienia... Marzenia. Te wydają się oddychac pełną piersią, zawsze, sunąc dzielnie po powierzchni życia, nieprzerwanie, bez namysłu. Niczego nie żałują. Niczego nie tracą.

czwartek, 7 stycznia 2010

Wieczór drugi

Przemierzając paryskim metrem (linią 13, 14, a następnie 7: wolno, szybko, wolno) zimne miasto, witające mnie jak co dzień swoimi rozpostartymi szeroko bulwarami, wciąż zamyślałam się nad dokonywaniem wyborów. Nad tym, czym mam się kierować, mając podjąć jakąś decyzję. Jakie pobudki mają skłonić mnie do zrobienia tego, a nie tamtego. Owszem, każdy podjął w swoim życiu choć raz decyzję pod wpływem emocji, postanowił zrobić coś spontanicznie, pochopnie się wypowiedział. Ale ile można tak funkcjonować? Ostatnie miesiące postanowiłam przełknąć, powierzając swój los właśnie takim frazesom - "co ma być, to będzie", "raz kozie śmierć", a w końcu "carpe diem!". I nie cieszę się z tego powodu.
Wybory to jeden z najtrudniejszych i zarazem najważniejszych (niestety takie przymiotniki często chodzą parami) aspektów życia. Tak naprawdę wyborów dokonujemy już od wieku niemowlęcego, poprzez dzieciństwo i - niestety - coraz intensywniej od momentu osiągnięcia dojrzałości. Nie czuję się dojrzała, ale wiem, że wkroczyłam już pewnym krokiem w dorosłe życie. To moment, w którym zaczęłam być świadoma zbyt wielu rzeczy. W jednym momencie świat zaatakował mnie z każej strony – wystawioną na wszelkie próby czasu i okoliczności, młodą, niedoświadczoną, nagą...
Dziwne wydaje mi się osądzanie innych ludzi. "Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem". Tego nauczyło mnie do tej pory życie, aczkolwiek jest to nauka trudna i bardzo powolna. Nawet gdy błąd popełni się wiele razy, nadal nie stać niektórych na wyciągnięcie wniosków. Ja swoje wyciągam powolutku, sennie, bez presji. Codziennie liczę na cud, łaskę, błogosławieństwo lub cokolwiek w ten deseń, żebym umiała już nie popełniać głupich i bolesnych błędów. Przekleństwem ludzkim jest to, że tak się nie da. Kłody pod nogami będą zawsze, a my zawsze będziemy się o nie potykać. Zastanawia mnie tylko jedno: is this a curse or a blessing?

wtorek, 5 stycznia 2010

Wieczór pierwszy

Po niespełna czterech miesiącach poza Domem (a mówię tu nie tylko o rodzinnych czterech ścianach, ale także o moim wspaniałym kraju, o polskiej ziemi, która wychowała mnie na kogoś, kim jestem - wykształconą, aczkolwiek wciąż kształcącą się, bystrą, pełnowartościową kobietę, wciąż szukającą odpowiedzi na mnóstwo pytań), poczułam się nagle samotna. Dziwne, bo ludzie zazwyczaj po takim czasie w obcym kraju są już dobrze zorganizowani, zorientowani, zapoznani z tubylczą kulturą... Czemu więc czuję się, jakby, poza tym wszystkim? Wyjęta z ramki, z tła, w które tak świetnie wpasowałam się już na samym początku pobytu w Paryżu. Tak, w Paryżu - to właśnie tutaj zaprowadził mnie los prawie pół roku temu, kiedy opuściłam Polskę na czas stypendium uniwersyteckiego, by rozwinąć skrzydła w "wielkim świecie". Czy ten świat jest naprawdę taki ogromny?
Trudno powiedzieć. Ja - prawie dwudziestodwuletnia (długo jeszcze nie dobrnę tak naprawdę do tej magicznej liczby samych dwójek, ponieważ mama postanowiła wydać mnie na świat w dniu przestępnym, a 29. lutego wypada dopiero w 2012 roku, cóż), głupiutka jeszcze i niedoświadczona, tak na dobrą sprawę, studentka, mówię: jest duży ten świat, ale bez przesady. Nie lubię rozdmuchiwania.
Podstawowe pytanie dotyczące wyjazdów na dłuższy czas: czy warto? Czy taki wyjazd otworzy mi multum możliwości, czy raczej pozwoli mi się wyszaleć, a może przysporzy mi niezliczonych ilości niepotrzebnych stresów? Oczywiście nie ma persony, która by się nad tym nie zastanawiała, ale czy warto się w ogóle zastanawiać? Przecież i tak nie dowiemy się, póki nie spróbujemy.
Otóż ja spróbowałam.
O stypendium dowiedziałam się przypadkiem - dzień przed ostatnim terminem złożenia podania. Nie wiem, czy powinnam nadać jakieś szczególne znaczenie temu, że stało się to wszystko w ostatniej chwili, ale muszę przyznać, że dodało to całej tej sytuacji jakiejś adrenaliny, swoistych emocji. Działanie pod presją czasu ma pewne zalety.
Studiuję italianistykę, czyli nic innego jak język i kulturę Włoch. Wybierając Paryż jako miejsce mojego kształcenia się, jakiegoś rozwoju osobowości czy po prostu "chwilowej" zmiany klimatu, kierowałam się nie tylko prestiżem samego miasta, ale i paryskiej słynnej uczelni, a w końcu - moim drugim kierunkiem, który jest raczej tymczasową zajawką, ale kto wie. Może kiedyś się nim pochwalę, póki co jeszcze nie czas na to. Nie należy odkrywać wszystkich kart przy jednym podaniu.

No, więc: Paryż. Państwo w państwie, jedna z największych metropolii świata, synonim miasta zakochanych i skupiska artystów wszelkiej maści. A także miejsce, gdzie syndrom Stendhala plasuje się na szczycie wszystkich oficjalnych syndromów miejskich. Już przechadzając się po najsłynniejszym muzeum świata – Musee du Louvre, przyjezdny powinien przygotować się na "zmęczenie materiałem", którego objawami są, między innymi, wysoka gorączka, osłabienie, halucynacje... Mnie, w przeciwieństwie do większości turystów, zamiast syndromu Stendhala, dopadł jego "odłam", a mianowicie syndrom paryski. 
Paris, Paris – tyle "zachodu", tyle kombinowania, organizowania, by w końcu dobrnąć do tej jednej wielkiej galerii sztuki, by spędzić romantyczny weekend (a może i cały tydzień) w rodzinnym domu Wieży Eiffla, pozującej cierpliwie do nieciekawych snapshotów, sztucznie uśmiechającej się do tysięcy obiektywów różnych rozmiarów, a w rezultacie... Brak słów. Brak zachwytu. Żadnych fajerwerków. Biedni azjatyccy turyści czują się oszukani. Miszmasz kulturowy - skutek fali imigracyjnej napierającej na "miasto elegancji i sztuki" już od długiego czasu - dał się we znaki i nie odpuszcza. Dla wielu ziemia obiecana, dla innych - fantastyczny rynek zbytu. Tubylców ubywa, odwieczna legenda o Paryżanach w eleganckich grubych paltach, w małych, dodających animuszu, kapeluszach, przechadzających się słynnym bulmiszem, przesiadujących w narożnych cafétéria na najmniejszych krzesełkach, przy najmniejszych stoliczkach świata, coraz bardziej się rozmywa, znikając we mgle historii, tak jak znikają wspomnienia, które już nigdy nie wrócą.
Bo Paryż z pocztówek, z filmów, z książek, Paryż "paryski" - nigdy nie wróci. Prawda bolesna, smutna, może dla wielu trochę zaskakująca, ale czy to właśnie nie ludzie są winni takiej rzeczywistości? Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Ale najważniejsze, żebyś zasnął.