Trudno powiedzieć. Ja - prawie dwudziestodwuletnia (długo jeszcze nie dobrnę tak naprawdę do tej magicznej liczby samych dwójek, ponieważ mama postanowiła wydać mnie na świat w dniu przestępnym, a 29. lutego wypada dopiero w 2012 roku, cóż), głupiutka jeszcze i niedoświadczona, tak na dobrą sprawę, studentka, mówię: jest duży ten świat, ale bez przesady. Nie lubię rozdmuchiwania.
Podstawowe pytanie dotyczące wyjazdów na dłuższy czas: czy warto? Czy taki wyjazd otworzy mi multum możliwości, czy raczej pozwoli mi się wyszaleć, a może przysporzy mi niezliczonych ilości niepotrzebnych stresów? Oczywiście nie ma persony, która by się nad tym nie zastanawiała, ale czy warto się w ogóle zastanawiać? Przecież i tak nie dowiemy się, póki nie spróbujemy.
Otóż ja spróbowałam.
O stypendium dowiedziałam się przypadkiem - dzień przed ostatnim terminem złożenia podania. Nie wiem, czy powinnam nadać jakieś szczególne znaczenie temu, że stało się to wszystko w ostatniej chwili, ale muszę przyznać, że dodało to całej tej sytuacji jakiejś adrenaliny, swoistych emocji. Działanie pod presją czasu ma pewne zalety.
Studiuję italianistykę, czyli nic innego jak język i kulturę Włoch. Wybierając Paryż jako miejsce mojego kształcenia się, jakiegoś rozwoju osobowości czy po prostu "chwilowej" zmiany klimatu, kierowałam się nie tylko prestiżem samego miasta, ale i paryskiej słynnej uczelni, a w końcu - moim drugim kierunkiem, który jest raczej tymczasową zajawką, ale kto wie. Może kiedyś się nim pochwalę, póki co jeszcze nie czas na to. Nie należy odkrywać wszystkich kart przy jednym podaniu.
No, więc: Paryż. Państwo w państwie, jedna z największych metropolii świata, synonim miasta zakochanych i skupiska artystów wszelkiej maści. A także miejsce, gdzie syndrom Stendhala plasuje się na szczycie wszystkich oficjalnych syndromów miejskich. Już przechadzając się po najsłynniejszym muzeum świata – Musee du Louvre, przyjezdny powinien przygotować się na "zmęczenie materiałem", którego objawami są, między innymi, wysoka gorączka, osłabienie, halucynacje... Mnie, w przeciwieństwie do większości turystów, zamiast syndromu Stendhala, dopadł jego "odłam", a mianowicie syndrom paryski.
Paris, Paris – tyle "zachodu", tyle kombinowania, organizowania, by w końcu dobrnąć do tej jednej wielkiej galerii sztuki, by spędzić romantyczny weekend (a może i cały tydzień) w rodzinnym domu Wieży Eiffla, pozującej cierpliwie do nieciekawych snapshotów, sztucznie uśmiechającej się do tysięcy obiektywów różnych rozmiarów, a w rezultacie... Brak słów. Brak zachwytu. Żadnych fajerwerków. Biedni azjatyccy turyści czują się oszukani. Miszmasz kulturowy - skutek fali imigracyjnej napierającej na "miasto elegancji i sztuki" już od długiego czasu - dał się we znaki i nie odpuszcza. Dla wielu ziemia obiecana, dla innych - fantastyczny rynek zbytu. Tubylców ubywa, odwieczna legenda o Paryżanach w eleganckich grubych paltach, w małych, dodających animuszu, kapeluszach, przechadzających się słynnym bulmiszem, przesiadujących w narożnych cafétéria na najmniejszych krzesełkach, przy najmniejszych stoliczkach świata, coraz bardziej się rozmywa, znikając we mgle historii, tak jak znikają wspomnienia, które już nigdy nie wrócą.
Bo Paryż z pocztówek, z filmów, z książek, Paryż "paryski" - nigdy nie wróci. Prawda bolesna, smutna, może dla wielu trochę zaskakująca, ale czy to właśnie nie ludzie są winni takiej rzeczywistości? Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Ale najważniejsze, żebyś zasnął.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz