Ostatnio ktoś namówił mnie (tak, teraz pluję sobie w brodę) na obejrzenie kiczowatego horroru pt. "Horyzont zdarzeń". Nie polecam, chyba że macie ochotę na stracenie półtorej godziny i dowartościowanie się (że przynajmniej nie zrobiliście takiej szmiry jak ten "reżyser"). Otóż był jeden pozytywny aspekt tego stracenia czasu - a mianowicie fabuła filmu opierała się na tytułowym pojęciu naukowym, tzn. na "horyzoncie zdarzeń". Bardzo pragnęłam posiąść wiedzę na temat tego zjawiska, więc poprosiłam o wyjaśnienie wszechwiedzącego Dziadka:
"Z naukowego punktu widzenia jest to pojęcie, które wiąże się z czarną dziurą. Jak wiesz zapewne, jest to obiekt astronomiczny o tak potężnej grawitacji, że z pewnego obszaru wokół czarnej dziury nie może się wydostać nawet światło. Ten obszar ograniczony jest sferą o promieniu, który nazywany jest horyzontem zdarzeń. Wszystko, co znajduje się wewnątrz tego horyzontu jest raz na zawsze niedostępne dla obserwatora z zewnątrz. I gdyby jakikolwiek świadomy byt znajdował się wewnątrz tej sfery nie mógłby się komunikować ze światem zewnętrznym. Ale nie dotyczy to człowieka - siły grawitacji rozciągnęłyby go śmiertelnie - stopy byłyby przyciąganie tysiące razy silniej niż głowa, uległ by tak zwanej żargonowo "spagetyzacji".
Ale termin ten stosowany jest też czasem metaforycznie. Np. dla sytuacji Robinsona Cruzoe - nikt nie wiedział, co się z nim dzieje i on nie mógł skomunikować się z nikim z poza wyspy. Podobnie można by metaforycznie mówić o jakimś plemieniu w jądrze Amazonii, lub na nieznanej wysepce Polinezji, ale powtarzam: są to czysto literackie metafory - z naukowego punktu widzenia ważna jest tylko pierwsza interpretacja".
Mam nadzieję, że (jeśli prócz mnie zagląda na mój blog chociaż jedna osoba) zainteresowałam Was tym ciekawym tematem i że zniechęciłam Was wystarczająco do obejrzenia filmu zainspirowanego cudownym zjawiskiem "horyzontu zdarzeń". Poniżej zamieszczony jest filmik wyjaśniający troszeczkę fenomen czarnej dziury. Czy to nie jest ekscytujące? Niedługo pomęczę Was (a może tylko siebie?) kolejnymi niezwykłymi i tajemniczymi zagadnieniami fizyczno-filozoficznymi. Nie mogę się doczekać...
niedziela, 26 września 2010
sobota, 25 września 2010
"KOT Schrődingera".
Opowiada Dziadek.
"Kot Schrődingera" to taki eksperyment myślowy mający swoje źródło w mechanice kwantowej.
Według jednej z interpretacji tej mechaniki, o aktualnym stanie cząstki elementarnej (elektron, foton) można mówić tylko z pewnym prawdopodobieństwem - potencjalnie jest w kilku stanach lub/i kilku miejscach jednocześnie, w każdej z tych możliwości z pewnym prawdopodobieństwem (ich suma = 1). Natomiast z chwilą dokonania pomiaru stwierdza się, co jest z tą cząstką - zostaje niejako "przyłapana na gorącym uczynku" lub znajduje się w jednej z "komórek do wynajęcia", po których sobie skakała.
W tym eksperymencie kot jest zamknięty w komorze, w której umieszczony jest pojemnik z gazem trującym i atom substancji promieniującej, który z 50cio procentowym prawdopodobieństwem może się w ciągu 1 godziny rozpaść, emitując foton, który uruchamia mechanizm uwalniający gaz. Do komory można zajrzeć dopiero po godzinie, zatem dopiero po godzinie wiadomo, czy kot jest żywy czy martwy, ponieważ atom mógł się w tym czasie rozpaść lub nie. Faceci od mechaniki kwantowej mówią, że on jest tam jednocześnie w obu tych stanach: żywy - martwy, z 50% prawdopodobieństwem każdy. To taki ich dowcip - z cząstkami mikroświata jest to prawda, natomiast w makro-świecie, gdzie występują miliardy miliardów takich cząstek, a każda ma prawdopodobieństwo istnienia bliskie 1, obiekty makro istnieją, nie oglądając się na zwyrodnialca Schrődingera.
"Kot Schrődingera" to taki eksperyment myślowy mający swoje źródło w mechanice kwantowej.
Według jednej z interpretacji tej mechaniki, o aktualnym stanie cząstki elementarnej (elektron, foton) można mówić tylko z pewnym prawdopodobieństwem - potencjalnie jest w kilku stanach lub/i kilku miejscach jednocześnie, w każdej z tych możliwości z pewnym prawdopodobieństwem (ich suma = 1). Natomiast z chwilą dokonania pomiaru stwierdza się, co jest z tą cząstką - zostaje niejako "przyłapana na gorącym uczynku" lub znajduje się w jednej z "komórek do wynajęcia", po których sobie skakała.
W tym eksperymencie kot jest zamknięty w komorze, w której umieszczony jest pojemnik z gazem trującym i atom substancji promieniującej, który z 50cio procentowym prawdopodobieństwem może się w ciągu 1 godziny rozpaść, emitując foton, który uruchamia mechanizm uwalniający gaz. Do komory można zajrzeć dopiero po godzinie, zatem dopiero po godzinie wiadomo, czy kot jest żywy czy martwy, ponieważ atom mógł się w tym czasie rozpaść lub nie. Faceci od mechaniki kwantowej mówią, że on jest tam jednocześnie w obu tych stanach: żywy - martwy, z 50% prawdopodobieństwem każdy. To taki ich dowcip - z cząstkami mikroświata jest to prawda, natomiast w makro-świecie, gdzie występują miliardy miliardów takich cząstek, a każda ma prawdopodobieństwo istnienia bliskie 1, obiekty makro istnieją, nie oglądając się na zwyrodnialca Schrődingera.
niedziela, 12 września 2010
CIASTO 1: dwukolorowa babka
Przyszła pora na pieczenie ciasta. To bardzo prosty przepis, który można poddać różnorakim urozmaiceniom, przejęty od mojej kuzynki Bernardette - typowej wspaniałej francuskiej pani domu. Ten XIX-wieczny przepis wymyśliła praprababcia Bernardette, ale do dziś zachował on swoją świeżość i prostotę. No matter what, it always goes right.
Oto, czego potrzebujemy:
- prostokątna, podłużna brytfanka
- mąka: 220 gramów + do wysypania blachy blachy
- cukier: 170 gramów
- masło: 170 gramów + do wysmarowania blachy
- jajka: 5 sztuk
- proszek do pieczenia: 2 łyżeczki
- cukier waniliowy: 1 opakowanie
- sok z cytryny
- gorzkie kakao (prawdziwe): ok.100 gramów
- ewentualnie bakalie
No to zaczynamy. Mąkę przesyp przez sitko do jakiegoś suchego naczynia. Odstaw. Masło rozgrzej na patelni, by nie było twardą masą, ale łatwą do zmiksowania. Przelej do naczynia, w którym łatwo będzie Ci je zmiksować z cukrem. Zmiksuj z cukrem ;] Jak już masa zrobi się jasnożółta, prawie że biała - wsypuj po trochu mąkę i wbijaj jajka (na zmianę), oczywiście cały czas miksując. Być może będzie musiała ci pomóc druga osoba, chyba że opanowałeś/łaś robienie 3 rzeczy na raz.
Dodaj proszek do pieczenia i cukier waniliowy, wyciśnij trochę cytryny (tak dla smaku, czyli raczej 2 łyżeczki, a nie 2 szklanki).
Odlej połowę masy do drugiego naczynia, wymieszaj z kakao.
Włącz piekarnik na ok.200 stopni, ale jedynie dolną część.
Brytfannę wysmaruj masłem z każdej strony (wewnątrz) i obsyp te same ścianki mąką. Nałóż trochę żółtej masy, trochę brązowej - tak jakbyś budował ciastową szachownicę. Jak już wyczerpiesz zapasy ciasta - lekkim, łagodny ruchem pokręć swoją szachową kompozycją, tak jakbyś chciał ją zniszczyć, ale tylko delikatnie. Powinny powstać żółto-brązowe smugi. Widelcem "przeoraj" raz środek ciasta, dość głęboko. Wsadź do rozgrzanego piekarnika i zostaw na ok.40 minut, sprawdzając co jakiś czas, czy nie Twój wypiek nie jest w niebezpieczeństwie.
Ciasto powinno spuchnąć do podwójnych rozmiarów, po środku zrobi się "specjalne" pęknięcie.
Bakalie możesz ewentualnie dodać po miksowaniu, zamiast wariantu z kakao. Obsyp je przedtem mąką, powstanie coś na kształt keksu.
Po wyjęciu z piekarnika dobrze jest wsadzić je na pół godziny do lodówki, żeby się spięło.
No i... bon appetit C;
Oto, czego potrzebujemy:
- prostokątna, podłużna brytfanka
- mąka: 220 gramów + do wysypania blachy blachy
- cukier: 170 gramów
- masło: 170 gramów + do wysmarowania blachy
- jajka: 5 sztuk
- proszek do pieczenia: 2 łyżeczki
- cukier waniliowy: 1 opakowanie
- sok z cytryny
- gorzkie kakao (prawdziwe): ok.100 gramów
- ewentualnie bakalie
No to zaczynamy. Mąkę przesyp przez sitko do jakiegoś suchego naczynia. Odstaw. Masło rozgrzej na patelni, by nie było twardą masą, ale łatwą do zmiksowania. Przelej do naczynia, w którym łatwo będzie Ci je zmiksować z cukrem. Zmiksuj z cukrem ;] Jak już masa zrobi się jasnożółta, prawie że biała - wsypuj po trochu mąkę i wbijaj jajka (na zmianę), oczywiście cały czas miksując. Być może będzie musiała ci pomóc druga osoba, chyba że opanowałeś/łaś robienie 3 rzeczy na raz.
Dodaj proszek do pieczenia i cukier waniliowy, wyciśnij trochę cytryny (tak dla smaku, czyli raczej 2 łyżeczki, a nie 2 szklanki).
Odlej połowę masy do drugiego naczynia, wymieszaj z kakao.
Włącz piekarnik na ok.200 stopni, ale jedynie dolną część.
Brytfannę wysmaruj masłem z każdej strony (wewnątrz) i obsyp te same ścianki mąką. Nałóż trochę żółtej masy, trochę brązowej - tak jakbyś budował ciastową szachownicę. Jak już wyczerpiesz zapasy ciasta - lekkim, łagodny ruchem pokręć swoją szachową kompozycją, tak jakbyś chciał ją zniszczyć, ale tylko delikatnie. Powinny powstać żółto-brązowe smugi. Widelcem "przeoraj" raz środek ciasta, dość głęboko. Wsadź do rozgrzanego piekarnika i zostaw na ok.40 minut, sprawdzając co jakiś czas, czy nie Twój wypiek nie jest w niebezpieczeństwie.
Ciasto powinno spuchnąć do podwójnych rozmiarów, po środku zrobi się "specjalne" pęknięcie.
Bakalie możesz ewentualnie dodać po miksowaniu, zamiast wariantu z kakao. Obsyp je przedtem mąką, powstanie coś na kształt keksu.
Po wyjęciu z piekarnika dobrze jest wsadzić je na pół godziny do lodówki, żeby się spięło.
No i... bon appetit C;
Subskrybuj:
Posty (Atom)
