czwartek, 4 listopada 2010

WIELKI WYBUCH

To niestety żaden popis pirotechniczny. Czym jest, znany już niektórym z niebieskich plakatów rozsianych po Warszawie, "Wielki Wybuch"? Otóż jest to spektakularne otwarcie Centrum Nauki Kopernik w reżyserii Petera Greenawaya i jego żony - Saskii Boddeke. Pokaz taneczny okraszony fajerwerkami i wizualizacjami na gigantycznych ekranach, a wszystko to z udziałem niemalże 250 tancerzy. W tym 7 profesjonalnych tancerek z holenderskiego teamu tanecznego pani Saskii. Piszę o tym, bo sama zakwalifikowałam się do wzięcia udziału w tym szlachetnym przedsięwzięciu, mimo że do pro-dancerki mi jeszcze daleko. Ale tu może zatańczyć każdy. Liczyła się kolejność zgłoszeń.
Nie najważniejsze jest tu więc doświadczenie sceniczne czy taneczne, bo ruchu w "Wielkim Wybuchu" wiele nie ma. Jest 6 charakterystycznych gestów spacjowanych krokami naprzód. Każdy gest symbolizuje dany etap w życiu, w historii... Ładne to, dość zgrabne, spektakularne, gdy tańczy paręset osób. Ale czegoś mi brak, czuję pewien niedosyt. Zdaję sobie sprawę, że w ciągu 2 tygodni nawet wielki reżyser nie jest w stanie zrobić czegoś, co by "zniszczyło" widzów, ten spektakl jest zrobiony nawet z rozmachem i dość estetycznie. Każdy ma biały zestaw odzieżowy, niektórzy dzierżą świecące balony (coś na zasadzie lampionów). Fajnie być w środku tego całego zamieszania, współpracować z doświadczonymi, wesolutkimi tancereczkami z Holandii, poznać Greenawayów... Włożyć siebie w to wszystko i widzieć satysfakcję na obliczach koordynatorów artystycznych. Mieć różową plakietkę z napisem "Artysta - Wielki Wybuch" zawieszoną na smyczy sygnowanej CNK. Mieć dostęp do tych wszystkich naukowych "bajerów" zanim ujrzy je sama telewizja czy internet.
Tylko że zły zły los spowodował, że jestem mocno przeziębiona i niekoniecznie nadaję się do tańczenia na dachu, podczas gdy pogoda staje się coraz bardziej mokra i obła. Tyle radości, a wszystko to zwieńczone nieposkromionym smutkiem i żalem. Bo ja naprawdę lubię tańczyć.

niedziela, 31 października 2010

SAŁATKA dzisiejszego wieczoru *INSALATA PER SANTI*

Dobry wieczór.

A tak sobie napiszę, co dziś znalazłam w lodówce i co z tego zrobiłam. To jest wbrew pozorom ciekawe i pożyteczne ;]

Otóż wzięłam sałatę lodową, wybrałam kilka ładnych liści, przepłukałam w zimnej wodzie i porwałam na kawałki (na taką wielkość dobrą na gryza).
Obrałam świeżego ogórka (połowę), pokroiłam w małe cząstki. Takie centymetrowe chyba?
Dalej pomidory na kawałki nieduże, dodałam kilka pomidorów suszonych w oliwie i ziołach, posiekanego ogórka kiszonego. Z 20 czarnych lub zielonych oliwek bez pestek.
Następny etap to FETA. Najlepiej mała lub połowa takiej normalnej. Poszatkowana na drobne prostokąciki lub prostokątno-podobne.
Teraz kolej na obowiązkowy słodki akcent. Wkroiłam do mojej sałatki białe winogrona, bo takie miałam, ale czarne byłyby dużo wytworniejsze i nadałyby swoistej dekadencji.
Wszystko zmieszałam, popieprzyłam i pokropiłam oliwą z oliwek. Voila'.

Mi i gościom smakuje.

niedziela, 26 września 2010

HORYZONT ZDARZEŃ

Ostatnio ktoś namówił mnie (tak, teraz pluję sobie w brodę) na obejrzenie kiczowatego horroru pt. "Horyzont zdarzeń". Nie polecam, chyba że macie ochotę na stracenie półtorej godziny i dowartościowanie się (że przynajmniej nie zrobiliście takiej szmiry jak ten "reżyser"). Otóż był jeden pozytywny aspekt tego stracenia czasu - a mianowicie fabuła filmu opierała się na tytułowym pojęciu naukowym, tzn. na "horyzoncie zdarzeń". Bardzo pragnęłam posiąść wiedzę na temat tego zjawiska, więc poprosiłam o wyjaśnienie wszechwiedzącego Dziadka:

"Z naukowego punktu widzenia jest to pojęcie, które wiąże się z czarną dziurą. Jak wiesz zapewne, jest to obiekt astronomiczny o tak potężnej grawitacji, że z pewnego obszaru wokół czarnej dziury nie może się wydostać nawet światło. Ten obszar ograniczony jest sferą o promieniu, który nazywany jest horyzontem zdarzeń. Wszystko, co znajduje się wewnątrz tego horyzontu jest raz na zawsze niedostępne dla obserwatora z zewnątrz. I gdyby jakikolwiek świadomy byt znajdował się wewnątrz tej sfery nie mógłby się komunikować ze światem zewnętrznym. Ale nie dotyczy to człowieka - siły grawitacji rozciągnęłyby go śmiertelnie - stopy byłyby przyciąganie tysiące razy silniej niż głowa, uległ by tak zwanej żargonowo "spagetyzacji".
Ale termin ten stosowany jest też czasem metaforycznie. Np. dla sytuacji Robinsona Cruzoe - nikt nie wiedział, co się z nim dzieje i on nie mógł skomunikować się z nikim z poza wyspy. Podobnie można by metaforycznie mówić o jakimś plemieniu w jądrze Amazonii, lub na nieznanej wysepce Polinezji, ale powtarzam: są to czysto literackie metafory - z naukowego punktu widzenia ważna jest tylko pierwsza interpretacja".

Mam nadzieję, że (jeśli prócz mnie zagląda na mój blog chociaż jedna osoba) zainteresowałam Was tym ciekawym tematem i że zniechęciłam Was wystarczająco do obejrzenia filmu zainspirowanego cudownym zjawiskiem "horyzontu zdarzeń". Poniżej zamieszczony jest filmik wyjaśniający troszeczkę fenomen czarnej dziury. Czy to nie jest ekscytujące? Niedługo pomęczę Was (a może tylko siebie?) kolejnymi niezwykłymi i tajemniczymi zagadnieniami fizyczno-filozoficznymi. Nie mogę się doczekać...

Kosmos - Czarna dziura

sobota, 25 września 2010

"KOT Schrődingera".

Opowiada Dziadek.

"Kot Schrődingera" to taki eksperyment myślowy mający swoje źródło w mechanice kwantowej.
Według jednej z interpretacji tej mechaniki, o aktualnym stanie cząstki elementarnej (elektron, foton) można mówić tylko z pewnym prawdopodobieństwem - potencjalnie jest w kilku stanach lub/i kilku miejscach jednocześnie, w każdej z tych możliwości z pewnym prawdopodobieństwem (ich suma = 1). Natomiast z chwilą dokonania pomiaru stwierdza się, co jest z tą cząstką - zostaje niejako "przyłapana na gorącym uczynku" lub znajduje się w jednej z "komórek do wynajęcia", po których sobie skakała.
W tym eksperymencie kot jest zamknięty w komorze, w której umieszczony jest pojemnik z gazem trującym i atom substancji promieniującej, który z 50cio procentowym prawdopodobieństwem może się w ciągu 1 godziny rozpaść, emitując foton, który uruchamia mechanizm uwalniający gaz. Do komory można zajrzeć dopiero po godzinie, zatem dopiero po godzinie wiadomo, czy kot jest żywy czy martwy, ponieważ atom mógł się w tym czasie rozpaść lub nie. Faceci od mechaniki kwantowej mówią, że on jest tam jednocześnie w obu tych stanach: żywy - martwy, z 50% prawdopodobieństwem każdy. To taki ich dowcip - z cząstkami mikroświata jest to prawda, natomiast w makro-świecie, gdzie występują miliardy miliardów takich cząstek, a każda ma prawdopodobieństwo istnienia bliskie 1, obiekty makro istnieją, nie oglądając się na zwyrodnialca Schrődingera.

niedziela, 12 września 2010

CIASTO 1: dwukolorowa babka

Przyszła pora na pieczenie ciasta. To bardzo prosty przepis, który można poddać różnorakim urozmaiceniom, przejęty od mojej kuzynki Bernardette - typowej wspaniałej francuskiej pani domu. Ten XIX-wieczny przepis wymyśliła praprababcia Bernardette, ale do dziś zachował on swoją świeżość i prostotę. No matter what, it always goes right.

Oto, czego potrzebujemy:
- prostokątna, podłużna brytfanka
- mąka: 220 gramów + do wysypania blachy blachy
- cukier: 170 gramów
- masło: 170 gramów + do wysmarowania blachy
- jajka: 5 sztuk
- proszek do pieczenia: 2 łyżeczki
- cukier waniliowy: 1 opakowanie
- sok z cytryny
- gorzkie kakao (prawdziwe): ok.100 gramów
- ewentualnie bakalie

No to zaczynamy. Mąkę przesyp przez sitko do jakiegoś suchego naczynia. Odstaw. Masło rozgrzej na patelni, by nie było twardą masą, ale łatwą do zmiksowania. Przelej do naczynia, w którym łatwo będzie Ci je zmiksować z cukrem. Zmiksuj z cukrem ;] Jak już masa zrobi się jasnożółta, prawie że biała - wsypuj po trochu mąkę i wbijaj jajka (na zmianę), oczywiście cały czas miksując. Być może będzie musiała ci pomóc druga osoba, chyba że opanowałeś/łaś robienie 3 rzeczy na raz.
Dodaj proszek do pieczenia i cukier waniliowy, wyciśnij trochę cytryny (tak dla smaku, czyli raczej 2 łyżeczki, a nie 2 szklanki).
Odlej połowę masy do drugiego naczynia, wymieszaj z kakao.
Włącz piekarnik na ok.200 stopni, ale jedynie dolną część.
Brytfannę wysmaruj masłem z każdej strony (wewnątrz) i obsyp te same ścianki mąką. Nałóż trochę żółtej masy, trochę brązowej - tak jakbyś budował ciastową szachownicę. Jak już wyczerpiesz zapasy ciasta - lekkim, łagodny ruchem pokręć swoją szachową kompozycją, tak jakbyś chciał ją zniszczyć, ale tylko delikatnie. Powinny powstać żółto-brązowe smugi. Widelcem "przeoraj" raz środek ciasta, dość głęboko. Wsadź do rozgrzanego piekarnika i zostaw na ok.40 minut, sprawdzając co jakiś czas, czy nie Twój wypiek nie jest w niebezpieczeństwie.
Ciasto powinno spuchnąć do podwójnych rozmiarów, po środku zrobi się "specjalne" pęknięcie.

Bakalie możesz ewentualnie dodać po miksowaniu, zamiast wariantu z kakao. Obsyp je przedtem mąką, powstanie coś na kształt keksu.

Po wyjęciu z piekarnika dobrze jest wsadzić je na pół godziny do lodówki, żeby się spięło.

No i... bon appetit C;

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Anegdotka Dziadka 8

**********

LEPIDOTERAPIA

Motyle (Lepidoptera) to bardzo poważny problem. Zaprzątał on umysły wielu wybitnych ludzi, żeby wymienić Steina, znanego z “Lorda Jima”, Nabokova, znanego z “Lolity”, Ojca Nabokova, znanego z Nabokova, Gałczyńskiego, znanego z trenu “Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód”1 itd. itd.

Spoglądając na motyla, odnoszę wrażenie, że jest to okruch innego świata, nieludzkiego świata czystej formy, która wprawdzie nic nie wyraża, ale robi to nad wyraz udatnie.
Wzmiankowany powyżej Stein wspomina egzotycznego motyla, który beztrosko siadł na zalanej krwią, jeszcze ciepłej twarzy zastrzelonego przed chwilą Malaja, żeby natychmiast przefrunąć na kielich pięknego kwiatu, a po chwili wylądować na kupce końskiego łajna, którą dyskretnie przykrył, rozkładając swe wspaniałe, secesyjne skrzydła o siedmiocalowej rozpiętości. (Opowieść Steina o schwytaniu tego motyla, jest jednym z subtelniejszych epizodów “Lorda Jima”).

Chciałem już podsumować te luźne dywagacje banalnym stwierdzeniem, że świat motyli interferuje ze światem człowieka tylko w świecie estetyki, gdy nagle uprzytomniłem sobie, że motyle odgrywają nad wyraz istotną rolę w gospodarce światowej, żeby wymienić ich zasługi w zapylaniu roślin, o ich wpływie na klimat globalny (np. dłuższa nieobecność motyli może spowodować katastrofalne w skutkach opady śniegu), żeby nie wspomnieć o zbrodniczych machinacjach motyla z Tokio, który kilkoma ruchami skrzydeł wywołał tornado na Florydzie (patrz Edward Lorentz, współwinowajca teorii chaosu).

**********

A ja dodam, że temat ten poruszany jest także w filmach fabularnych, chociażby w hicie kinowym "Efekt Motyla" z Ashtonem Kutcherem w roli głównej...

czwartek, 5 sierpnia 2010

Anegdota Dziadka 7

**********

Mam cudowny pomysł - powiedział Edisonowi pewien młody człowiek. - Chcę wynaleźć uniwersalny rozpuszczalnik: ciecz, która będzie rozpuszczać każdy materiał. Ale nie mam środków na realizację tej idei.
- Uniwersalny rozpuszczalnik? - zdziwił się Edison. - A w jakim naczyniu będzie go pan trzymał?

**********

Anegdota Dziadka 6

**********

Pewnego razu André Ampére, francuski fizyk i matematyk, zauważył brak swojego zegarka. Wysłał list do przyjaciela, u którego spędził ostatni wieczór. Zapytywał w nim, czy przypadkiem nie zostawił swojej zguby u niego. Adresat, przeczytawszy list, zobaczył w postscriptum: Przed chwilą znalazł się mój zegarek, więc nie trudź się poszukiwaniem.

**********

Anegdota Dziadka 5

**********

Geniusz matematyczny, Kurt Gödel, po emigracji do Stanów, starał się tam uzyskać etat na uniwersytecie w Princeton, ale bez amerykańskiego obywatelstwa było to niemożliwe. Żeby go otrzymać, trzeba było zdać egzamin z konstytucji USA. Przyjaciel Gödla, Albert Einstein, postanowił mu pomóc. Dał mu w prezencie egzemplarz konstytucji, zachęcając do nauki. Po kilku dniach zapytał, czy już nauczył się konstytucji. Gödel odpowiedział:
- Czego tam się uczyć! Ta konstytucja jest wewnętrznie sprzeczna logicznie!
- Nie musisz tego komentować, musisz odpowiedzieć tak, jak napisane – nalegał Einstein.
Gödel niechętnie na to przystał, ale gdy tylko rozpoczęło się przesłuchanie, niezwłocznie poinformował sędziego, że konstytucja jest wadliwa i próbował to udowodnić. Obecny w sali przesłuchań Einstein powstrzymał go przed tym, niemniej sędzia był skonsternowany. Miał wprawdzie poczucie humoru, ale to okazało się niewystarczające, żeby Gödlowi przyznać dobrą ocenę. Einstein, wtedy już bardzo znany w Stanach, zorganizował zbiórkę podpisów wielkich naukowców z Princeton popierających wielkiego logika i w końcu Gödel otrzymał obywatelstwo Amerykańskie i objął katedrę matematyki na tym Uniwersytecie...

**********

Anegdota Dziadka 4

**********

Zapytano Einsteina, w jaki sposób pojawiają się odkrycia, które
przeobrażają świat.
- Bardzo prosto. Wszyscy wiedzą, że czegoś zrobić nie można. Ale przypadkowo znajduje się jakiś nieuk, który tego nie wie. I to on właśnie robi odkrycie.

**********

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

My Blueberry Nights

Anegdota Dziadka 3

**************

Pewnego razu nauczyciel historii rugał przyszłego uczonego, Wiktora Weisskopfa:
- Ty nie znasz żadnych dat!
- Ja znam wszystkie daty, tylko nie wiem, co się wtedy wydarzyło.

**************

Anegdota Dziadka 2

**********

Na jednym z ekskluzywnych przyjęć z udziałem znanych osobistości, Marilyn Monroe zapytała Einsteina:
- Jak pan sądzi, profesorze, czy nie powinniśmy razem spłodzić dziecka? Miałoby moją urodę, a pański rozum.
- Nie sądzę, droga pani. Byłoby katastrofą, gdyby było odwrotnie.

**********

Anegdota Dziadka 1

****************

W którymś z małych miasteczek, w Texasie, młody imigrant, Chińczyk, otworzył restaurację o znakomitej kuchni. Wszyscy notable miasteczka przychodzili tam biesiadować.
Niestety, po pewnym czasie pojawił się problem: albo Chińczyk zostanie deportowany, albo musi uzyskać obywatelstwo amerykańskie, a w tym celu musi zdać egzamin z konstytucji i historii Stanów Zjednoczonych. Chcąc mieć pewność, że sprawa zostanie załatwiona pozytywnie, elita miasteczka zdecydowała, że egzamin ten przeprowadzi sędzia smakosz – stały klient tej restauracji.
Pierwsze pytanie sędziego brzmiało:
- W którym roku została uchwalona konstytucja Stanów Zjednoczonych?
Chińczyk bez wahania wypalił:
- 1492!
Sędzia się stropił. Zapytał:
- A w którym roku został zamordowany Abraham Lincoln?
- 1492!
Sędzia zadumał się głęboko, po czym zapytał:
- W którym roku Kolumb odkrył Amerykę?
- 1492!
- Brawo, chłopcze, to najważniejsza data w historii USA! Nie będę cię już męczył dalszymi pytaniami.

****************

O Dziadku

Postanowiłam podzielić się z cyber-światem, za którym (mam nadzieję) kryje się świat rzeczywisty, w którym ludzie rozmawiają ze sobą tak naprawdę i patrzą sobie w oczy, mogąc się w każdej chwili dotknąć - podzielić się anegdotami mojego Dziadka. Bardzo lubię ich słuchać, czasem są zabawne, czasem absurdalne, a jeszcze inne zmuszają do refleksji. Czasem też zastanawiam się, skąd mój Dziadek to wszystko wie. Anegdoty to jedna z jego specjalności, choć nie można powiedzieć, że tylko z tego słynie - jest przede wszystkim wybitnym matematykiem, fizykiem, inżynierem, który nie raz, nie dwa przyczynił się do powstania bardzo złożonej i ciekawej pracy badawczej.

W kolejnych postach będą pojawiać się odsłony coraz to nowych anegdot. Będzie je można również ściągnąć w pliku PDF ze strony MUVOK.COM - jest to Witryna Autorów, Czytelników i Wydawców. W TEJ społeczności Autorów KAŻDY ma szansę zaistnieć w świecie pisarzy, poetów i publicystów dzięki prostym narzędziom udostępniania utworów na MUVOK.COM ... Czytelnicy, wydawcy i fani mogą poczytać, pobrać pliki, skomentować i nawiązać kontakt z Autorami - i to bez logowania!

niedziela, 1 sierpnia 2010

Lisa Hannigan - 'I Don't Know'

PANCAKES by Lady Mafalda

Oto moja recepta na przepyszne NALEŚNIKI!!!
Otóż wbrew pozorom niewiele osób umie tę prostą potrawę przygotować w taki sposób, by czekający przy stole mieli ochotę na dokładkę zanim jeszcze dostali pierwszą porcję.
A ja mogę Cię tego nauczyć.

Przygotuj sobie głęboką miskę (z wysokimi ścianami, dość szeroką). Taką, by łatwo było Ci miksować, niekoniecznie ochlapując całą kuchnię płynem naleśnikowym.
Wsyp trochę mąki, na oko. Ze 3-4 pięści, powiedzmy sobie.
Wyżłób po środku mącznej górki miejsce na jaja. Następnie wlej jaja do wyżłobionego gniazdka. Ile jajek? Hm, 2 lub 3. W zależności od preferencji. Jeśli mają to być "dietetyczne" naleśniki, to 2 jaja.
Wlej 250 ml wody GAZOWANEJ (tak, gazownej), czyli szklankę. Najlepiej taką od małej Nutelli. A Nutella przyda Ci się później. To samo zrób ze świeżym, zimnym mlekiem.
Teraz, zanim jeszcze podłączysz do gniazdka mikser, dodaj do swojej magicznej mikstury szczyptę soli. Voila'! Nie, to jeszcze nie koniec. Zmiksuj. Aż do utraty wszystkich mącznych grudek.
Weź chochlę i sprawdź swoje nieusmażone naleśniki, zanurzając ją w płynie i przelewając tak, jakbyś sprawdzał(a) gęstość. Ma to przypominać konsystencją czekoladę Wedla.
Jeśli masz za rzadkie - dosyp troszkę mąki i zmiksuj. Jeśli wydaje się strasznie gęste i toporne - dolej ciutkę wody i mleka. Aż do uzyskania naleśnika idealnego. Nieusmażonego, oczywiście.
Teraz rozgrzej patelnię. Nasmaruj delikatnie tłuszczem, ale nie dużo, ponieważ to do naleśnikowego płynu masz wlać ze dwie łychy oleju (NIE oliwy z oliwek, bo nie będą smaczne, szczególnie na słodko).
Teraz już nie ma trudnych kroków - wylewasz 3/4 chochli na patelnię, kręcisz w powietrzy patelnią, by płyn dobrze się rozprowadził.
Weź drewnianą płaską szpatułkę i po paru minutach zacznij odklejać naleśnika, przewracając go jednym szybkim ruchem na drugą stronę. Trzymasz z 10 sekund i wrzucasz na talerz. Najlepiej by było, jakbyś na talerzu położył(a) serwetkę, taką śliską, żeby nadmiar tłuszczu miał gdzie wsiąknąć. Nie potrzebujesz go chyba?

Naleśnikowe FARSZE mogą być różne, w zależności od preferencji kulinarnych. Najpopularniejszym jest ser biały (twaróg) z dodatkiem śmietany i mleka. I cukru, oczywiście (najlepiej pudru, żeby nie było chrupiących grudeczek).
Możesz też użyć wcześniej wspomnianej Nutelli i banana, jeśli je lubisz. Naleśniki na ostro to inna kategoria, nie o tych chciałam dziś napisać.
Możesz pokroić w plastry morele i podsmażyć je na patelni lub podgrillować i położyć obok jako jadalna ozdoba. Opcji jest mnóstwo, tutaj już trzeba puścić wodze fantazji...!

BUON APPETITO!

niedziela, 27 czerwca 2010

OLDTYPER - mój nowy projekt - maszyna do pisania w Twoim komputerze!

http://www.oldtyper.pl/

OLDTYPER to dźwiękowy program dla klawiatury Twojego komputera. W jednej chwili głuchy tupot plastiku zamienia w autentyczny odgłos maszyny do pisania.

Cokolwiek piszesz - nabierze to znaczenia z klawiaturą OLDTYPER.

Nasz program jest bardzo lekki, prosty i łatwy w obsłudze. Instalacyjne wymagania techniczne spełnia każdy PC, który pracuje w systemie Windows. Możesz korzystać z klawiatury OLDTYPER, kiedy tylko chcesz. W ciągu kilku minut program znajdzie się na Twoim pulpicie. Wypróbuj bezpłatną 7-dniową wersję klawiatury OLDTYPER już teraz!

KIERUNKI HUMANISTYCZNE: LINGWISTYKA – W CO NALEŻY SIĘ UZBROIĆ?

Studia lingwistyczne to nie tylko dogłębna nauka języków obcych, ale także zapoznanie się z historią, kulturą i obyczajami danego kraju.

PIERWSZE INWESTYCJE

Jako że w większości przypadków kierunki lingwistyczne wymagają wyników maturalnych tylko z dwóch przedmiotów: języka polskiego i wybranego języka obcego (obydwa na poziomie rozszerzonym), to jedynymi inwestycjami są dobre książki i słowniki, ewentualnie kursy językowe na CD i, oczywiście, sumienne przygotowania do matury. Dobrze jest też pomyśleć o wakacjach w kraju, którego język zamierzacie studiować, np. przyszli romaniści powinni wybrać się do krainy serów i win – Francji, natomiast skandynawiści niech pomyślą raczej o wycieczce do Szwecji, Danii, Norwegii bądź Finlandii, w zależności od wybranego języka.

PIERWSZE BATALIE: NIESPODZIANKI I ROZCZAROWANIA

Gdy już najbardziej stresujący okres – wyczekiwanie na wyniki – będziecie mieć za sobą i zostaniecie oficjalnie zarejestrowani na danym wydziale, w internetowym systemie rejestracji studentów, możecie śmiało ściągać z sieci plan zajęć i ruszać po kupno najpotrzebniejszych rzeczy, tzn. długopisów, kolorowych zakreślaczy (najlepiej cały zapas) oraz segregatorów, kartek do notowania i różnego rodzaju koszulek – za pomocą tych „akcesoriów” gromadzenie notatek i kserówek jest, wierzcie mi, najwygodniejsze i najprostsze. Studenci często też zaopatrują się w pojemną torbę lub plecak na ogromne księgi do gramatyki i literatury.
Mówi się, że pierwszy rok jest najtrudniejszy ze względu na kontrast pomiędzy szkołą średnią a studiami wyższymi. Wykładowcy nie są w żadnej mierze pobłażliwi, nie akceptują nieprzygotowań, a system oceniania jest zawężony (skala ocen: od 2 do 5). Na wykładach, trwających bite półtorej godziny, trzeba notować szybko i dokładnie, bo profesorowie nie są skłonni do powtarzania, a tym bardziej do zapisywania na tablicy, czy notowania...
Jednak wykłady mają też swoje plusy – obecność nie jest wymagana (aczkolwiek zalecana), nie trzeba być też stale przygotowanym (pamiętając, że na koniec semestru lub po całym roku nadchodzi sesja egzaminacyjna, więc lepiej uczyć się na bieżąco).
Co innego, jeśli chodzi o tzw. ćwiczenia. Są to zajęcia w małych grupach, po 15-20 osób, na których przyswajacie wiedzę praktyczną, a co za tym idzie – obecność i przygotowanie do lekcji są obligatoryjne. Ćwiczenia nie są natomiast tak ciężkostrawne jak wykłady, a zagadnienia są tłumaczone klarownie po kilka razy. Wszystko to dotyczy przeważnie każdego kierunku studiów licencjackich (3-letnich) i magisterskich (2-letnich), ale wydziały lingwistyczne różnią się tym, że na drugim roku główny język obcy staje się językiem wykładowym (np. na italianistyce będziecie słuchać o historii Włoch po włosku). Dlatego są tacy, których zdaniem właśnie ten rok jest najtrudniejszym orzechem do zgryzienia.

EGZAMINY

Nie trzeba się ich bać. Każdy wykładowca jest, co prawda, inny, ale zazwyczaj żaden nie śni się po nocach. Studenci lingwistyki zgodnie twierdzą, że egzaminy przyprawiające ich o gęsią skórkę to te z historii, literatury i gramatyki opisowej.

PERSPEKTYWY LINGWISTÓW

Możliwości pracy jest naprawdę wiele, a jeszcze więcej, jeśli języki obce łączy się z jakąś swoją pasją lub z innym kierunkiem (czego nie radzę robić przez pierwsze 3 lata jakichkolwiek studiów, ponieważ niesłychanie trudno piec dwie pieczenie na jednym ogniu, szczególnie na samym początku).
Po pierwsze, każdy lingwista, prędzej czy później, zajmuje się tłumaczeniami różnego rodzaju. Mogą to być po prostu teksty: piosenki, artykuły, książki, przewodniki, poezja itd. Tu każdy znajdzie swoje pole do popisu. Jest to praca przyjemna, raczej bez wychodzenia z domu.
Druga opcja to tłumaczenie konsekutywne, polegające na szybkim i sprawnym przekładzie „na żywo” czyichś wypowiedzi, np. na rozdaniu nagród czy na zgromadzeniu politycznym. Jest również tłumaczenie kabinowe (inaczej symultaniczne), czyli praca ze słuchawkami.
Po studiach językowych można również uczyć języków obcych, pisać podręczniki, słowniki, a także otworzyć szkołę językową, jeśli ma się żyłkę do biznesu. Znając świetnie co najmniej dwa języki obce, można naprawdę wiele osiągnąć, rozwijając się na wielu polach i osiągając sukcesy na całym świecie. Nie zapominajcie jednak, że nie wystarczy chodzić na zajęcia i zdawać egzaminy – trzeba samemu chcieć zgłębiać swoją wiedzę i interesować się światem. Dopiero wtedy otrzymacie cały komplet kluczy do sukcesu.

Rozważania o Modzie

Czy zastanawiałeś się kiedyś, czym naprawdę jest Moda? W dzisiejszych czasach Moda to niesamowite zjawisko. Pewnie niewiele osób zdaje sobie sprawę, że to właśnie ona zazwyczaj reguluje nasz tryb życia, wpływa na nasze sukcesy i klęski, ona jest naszym życiowym przewodnikiem. Bo zazwyczaj właśnie Moda decyduje o naszych zarobkach, karierze zawodowej czy powodzeniu w kontaktach towarzyskich. I słusznie, bo przecież ubrania to integralna część każdej osobowości, część życia, z którą obcujemy, chcąc nie chcąc, na co dzień. I właśnie dlatego Moda odgrywa dzień w dzień ogromną rolę, szczególnie jeśli chodzi o rywalizację i inspirację.

W pracy, w szkole, na ulicy – wszędzie otaczają nas ludzie, z którymi porównujemy się poprzez ubiór. Nie ma dnia, żebyśmy nie skomentowali w duchu czyjejś sukienki czy ekstrawaganckich butów. Codziennie widzimy coś, co przyciąga naszą uwagę lub na co patrzymy mimochodem i oceniamy (z braku lepszego zajęcia) – czekając na metro, idąc podziemnym przejściem czy jadąc windą.

Mam znajomą, którą widuję pięć dni w tygodniu. Jest dość wysoką, szczupłą jasną brunetką o sarnich oczach. Zawsze zjawia się w swojej nowej stylizacji i zawsze jest to obiekt pożądania wielu koleżanek. Na domiar złego, ma długie, lśniące włosy, pięknie spięte w wysoki kucyk opadający na klatkę piersiową. Nie znam osoby, która nie chciałaby tak wyglądać!
Dla niektórych widok pięknej i szykownej koleżanki może być mocno przygnębiający, mnie jednak inspiruje. Apeluję do wszystkich kobiet - dorosłych, młodych i najmłodszych: nie ubierajcie się dla innych, ale dla samych siebie! Jak podpowiada "Dezyderata": „Porównując się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz gorszych i lepszych od siebie”. Ja jestem zdecydowanie za trzymaniem się własnego stylu (raczej klasyka z lekkim powiewem świeżych tendencji). To, co najbardziej teraz modne, to przecież... osobowość. Bezmyślne naśladownictwo trendów prowadzi do przeciętności, a tego każdy z nas boi się jak ognia. Oto motto hipstersów. Czyli jednej z najbardziej ulotnych i nieokreślonych subkultur. Zabawa stylami, estetykami, trendami subkulturowymi - z tego hipstersi tworzą współczesny modowy kolaż.

Pamiętajmy też, że Moda nie ogranicza się do sposobu ubierania. Coraz częściej spotykamy się ze zjawiskiem „modnych miejsc” (biegając po moim mieście dzień w dzień, mijam coraz to nowe, a już popularne i prestiżowe kafejki i knajpki, które budzą się do życia około godziny dziesiątej, a zasypiają bardzo późno, niemal zawsze wraz z ostatnim klientem).
Moda ma także swój wielki udział w przemyśle wyposażenia domu, ogrodu, w sztuce, a przede wszystkim w sposobie bycia. Chodzi się na awangardowe filmy oraz te wielkie, rozreklamowane produkcje, natomiast nie zawsze wypada chwalić się podglądaniem telewizyjnych seriali w czasie obiadu. Niestety każdy z nas ma jakieś słabości i kompleksy. Trzeba być świadomym swoich cech, a tuszowanie ich w nienaturalny sposób na pewno okaże się zgubne.
Najgorszym rozwiązaniem jest poddawanie się presji środowiska na zasadzie „kiedy wkraczasz między wrony, musisz krakać tak jak one”. Ten błąd często popełniają młodzi ludzie, gdy na siłę starają się być „cool”, między innymi stosując wszelkie rodzaje dopalaczy (papierosy już dawno nie są postrzegane jako "dżezi" czy chociażby "trendy"), wydając pieniądze na lewo i prawo i próbując w niezbyt przemyślany sposób naśladować swoje "modowe autorytety". Tacy, jak to się mówi, pozerzy wydają się być na pierwszy rzut oka zabawni, towarzyscy, ale w pewnym momencie nie wytrzymują napięcia, ich towarzyska maska pęka, a prawdziwa natura wypływa na wierzch jak oliwa, dużo bardziej wyrazista od wody. Następuje tak zwane "zdemaskowanie", które zazwyczaj niesie za sobą nieprzyjemne konsekwencje towarzyskie.

Moda wpływa na każdego z nas: kreuje nasz światopogląd, styl bycia i nastawienie do świata. Nie należy jednak zapominać o podstawowych wartościach, które powinny zajmować główne miejsca w życiowej hierarchii każdego z nas...

niedziela, 21 marca 2010

Wieczór ósmy

Jak każda młoda kobieta - nie lubię być samotna. Ciężko znoszę tę smutną ciszę panującą teraz w mojej maleńkiej dziupli. Co prawda - mam kogo do siebie zaprosić, mam wspaniałych znajomych, ale... czy naprawdę jest mi to teraz potrzebne? Właściwie szukam samotności, ciszy, odnalezienia siebie. Bo tylko sama ze sobą dowiesz się, gdzie masz iść. Co powinnaś robić, jak powinnaś iść, po co i kiedy. Wiem o tym, a jednocześnie czuję się tak strasznie zagubiona w tym lesie życia, taka przytopiona przez ciąg wydarzeń, ścisłość wątków, których jest coraz więcej.
Z pierwszym cieplejszym wiatrem, który zawitał na Starym Mieście, wybrałam się na krótki spacer po moich uliczkach. Było magicznie, było inaczej - prawdopodobnie dzięki prawie totalnej pustce, jaka ogarnęła tę część Warszawy. Godzina 17.00. Przy Barbakanie jedynie wróble, mnóstwo tych maleńkich, wdzięcznych stworzeń, witających wiosnę, uśmiechających się do mnie, jakby chciały mi pokazać, że nie ma się czym martwić. Kochane, poczciwe ptaki.
Zmierzam do tego, że na tym właśnie pierwszym moim starówkowym spacerze w tym roku, poczułam, mimo wszystkich trosk i stresów, że jestem najszczęśliwszą osobą, jaka stąpa po tej ziemi. Mam tak naprawdę wszystko, a co najważniejsze - mam MARZENIA. Bez nich życie straciłoby swój sens.

niedziela, 21 lutego 2010

Wieczór siódmy

Zderzenie z rzeczywistością. Z życiem, ze śmiercią, z ludźmi. Z samym sobą. Takie zderzenie jest czymś w rodzaju katharsis, wprowadzającym w stan totalnego osłupienia, ale i otrzęsienia się ze złudzeń. Niektórych deprymuje, niektórych zasmuca, niektórych motywuje i mobilizuje. Ja stoję teraz na dwóch nogach, może nie zupełnie twardo i stabilnie, ale każde zawahanie zbijam kontrą. Balansuję na powierzchni życia. Mojego życia. Teardrop in the fire.

czwartek, 28 stycznia 2010

Wieczór szósty

Moje myśli w owocowej posypce, bez dodatku cukru, a mimo to przesłodzone. Prószyć - takie piękne słowo. Delikatne, bez przesady. Marzę czasem, by poprószyć.

Ostatnie wdechy paryskich spalin wciągam dziarsko dzień w dzień, nie dając nikomu spokoju. Cztery walizki jęczą z bólu (spowodowanego lekką nadwagą, ale kto by tu nie przytył, w kraju krłasantów i czekoladowych chlebków, a wreszcie i tych długich, dziwnych, twardych bułek. W końcu po to się tu przyjeżdża).


to już tuż tuż

niedziela, 17 stycznia 2010

Wieczór piąty

Dziś dostałam:

- Wczoraj to już HISTORIA. Jutro to wielka NIEWIADOMA. Dzisiaj to DAR OD LOSU.
- Uporządkuj tematy jak na stole montażowym. Zostaw wątki najważniejsze - resztę WYRZUC.
- Tylko sam na sam ze sobą dowiesz się, gdzie masz iśc. Nie "gdzie chcesz", ale gdzie MASZ iśc - którędy wiedzie Cię szlak. SAMOTNOŚC jest PO COŚ. Odkryj, po co.
- Z prądem płyną tylko śmieci.


Z tymi naukami osunę się w przepaśc pełną marzeń, snów, gdybań. Tam, gdzie nikt mnie nie dogoni.

sobota, 16 stycznia 2010

Wieczór czwarty

Szum myśli, skojarzeń, emocji w moim ciele nie daje mi czystości spojrzenia. By wybrac to, co istotniejsze. To, co właściwe. Mój mózg przypomina ulice, labirynt ścieżek, po których przechadzają się zwiastuny życia. I obawy. Ich jest najwięcej, nie da się ich rozproszyc, zając czymś, by nie łaziły tak bez celu, tworząc niepotrzebnie sztuczny tłum.

Czy... Nie, nie zadam kolejnego pytania. I tak nie znajdę na nie odpowiedzi. Pytania do samej siebie to strata czasu - tak szybko mknącego w odwrotnym kierunku, niż by się chciało.

Najlepiej nie myślec.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Wieczór trzeci

Myśli płynące po oceanie życia. Powoli dryfujące po tafli słodko-kwaśnej wody, czasem zatapiające się nieuważnie, bądź wciągnięte tam siłą. Rzadko na głęboką wodę. I zazwyczaj tylko na moment - tak bez tlenu dławiące się myśli, chwile, wspomnienia... Marzenia. Te wydają się oddychac pełną piersią, zawsze, sunąc dzielnie po powierzchni życia, nieprzerwanie, bez namysłu. Niczego nie żałują. Niczego nie tracą.

czwartek, 7 stycznia 2010

Wieczór drugi

Przemierzając paryskim metrem (linią 13, 14, a następnie 7: wolno, szybko, wolno) zimne miasto, witające mnie jak co dzień swoimi rozpostartymi szeroko bulwarami, wciąż zamyślałam się nad dokonywaniem wyborów. Nad tym, czym mam się kierować, mając podjąć jakąś decyzję. Jakie pobudki mają skłonić mnie do zrobienia tego, a nie tamtego. Owszem, każdy podjął w swoim życiu choć raz decyzję pod wpływem emocji, postanowił zrobić coś spontanicznie, pochopnie się wypowiedział. Ale ile można tak funkcjonować? Ostatnie miesiące postanowiłam przełknąć, powierzając swój los właśnie takim frazesom - "co ma być, to będzie", "raz kozie śmierć", a w końcu "carpe diem!". I nie cieszę się z tego powodu.
Wybory to jeden z najtrudniejszych i zarazem najważniejszych (niestety takie przymiotniki często chodzą parami) aspektów życia. Tak naprawdę wyborów dokonujemy już od wieku niemowlęcego, poprzez dzieciństwo i - niestety - coraz intensywniej od momentu osiągnięcia dojrzałości. Nie czuję się dojrzała, ale wiem, że wkroczyłam już pewnym krokiem w dorosłe życie. To moment, w którym zaczęłam być świadoma zbyt wielu rzeczy. W jednym momencie świat zaatakował mnie z każej strony – wystawioną na wszelkie próby czasu i okoliczności, młodą, niedoświadczoną, nagą...
Dziwne wydaje mi się osądzanie innych ludzi. "Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem". Tego nauczyło mnie do tej pory życie, aczkolwiek jest to nauka trudna i bardzo powolna. Nawet gdy błąd popełni się wiele razy, nadal nie stać niektórych na wyciągnięcie wniosków. Ja swoje wyciągam powolutku, sennie, bez presji. Codziennie liczę na cud, łaskę, błogosławieństwo lub cokolwiek w ten deseń, żebym umiała już nie popełniać głupich i bolesnych błędów. Przekleństwem ludzkim jest to, że tak się nie da. Kłody pod nogami będą zawsze, a my zawsze będziemy się o nie potykać. Zastanawia mnie tylko jedno: is this a curse or a blessing?

wtorek, 5 stycznia 2010

Wieczór pierwszy

Po niespełna czterech miesiącach poza Domem (a mówię tu nie tylko o rodzinnych czterech ścianach, ale także o moim wspaniałym kraju, o polskiej ziemi, która wychowała mnie na kogoś, kim jestem - wykształconą, aczkolwiek wciąż kształcącą się, bystrą, pełnowartościową kobietę, wciąż szukającą odpowiedzi na mnóstwo pytań), poczułam się nagle samotna. Dziwne, bo ludzie zazwyczaj po takim czasie w obcym kraju są już dobrze zorganizowani, zorientowani, zapoznani z tubylczą kulturą... Czemu więc czuję się, jakby, poza tym wszystkim? Wyjęta z ramki, z tła, w które tak świetnie wpasowałam się już na samym początku pobytu w Paryżu. Tak, w Paryżu - to właśnie tutaj zaprowadził mnie los prawie pół roku temu, kiedy opuściłam Polskę na czas stypendium uniwersyteckiego, by rozwinąć skrzydła w "wielkim świecie". Czy ten świat jest naprawdę taki ogromny?
Trudno powiedzieć. Ja - prawie dwudziestodwuletnia (długo jeszcze nie dobrnę tak naprawdę do tej magicznej liczby samych dwójek, ponieważ mama postanowiła wydać mnie na świat w dniu przestępnym, a 29. lutego wypada dopiero w 2012 roku, cóż), głupiutka jeszcze i niedoświadczona, tak na dobrą sprawę, studentka, mówię: jest duży ten świat, ale bez przesady. Nie lubię rozdmuchiwania.
Podstawowe pytanie dotyczące wyjazdów na dłuższy czas: czy warto? Czy taki wyjazd otworzy mi multum możliwości, czy raczej pozwoli mi się wyszaleć, a może przysporzy mi niezliczonych ilości niepotrzebnych stresów? Oczywiście nie ma persony, która by się nad tym nie zastanawiała, ale czy warto się w ogóle zastanawiać? Przecież i tak nie dowiemy się, póki nie spróbujemy.
Otóż ja spróbowałam.
O stypendium dowiedziałam się przypadkiem - dzień przed ostatnim terminem złożenia podania. Nie wiem, czy powinnam nadać jakieś szczególne znaczenie temu, że stało się to wszystko w ostatniej chwili, ale muszę przyznać, że dodało to całej tej sytuacji jakiejś adrenaliny, swoistych emocji. Działanie pod presją czasu ma pewne zalety.
Studiuję italianistykę, czyli nic innego jak język i kulturę Włoch. Wybierając Paryż jako miejsce mojego kształcenia się, jakiegoś rozwoju osobowości czy po prostu "chwilowej" zmiany klimatu, kierowałam się nie tylko prestiżem samego miasta, ale i paryskiej słynnej uczelni, a w końcu - moim drugim kierunkiem, który jest raczej tymczasową zajawką, ale kto wie. Może kiedyś się nim pochwalę, póki co jeszcze nie czas na to. Nie należy odkrywać wszystkich kart przy jednym podaniu.

No, więc: Paryż. Państwo w państwie, jedna z największych metropolii świata, synonim miasta zakochanych i skupiska artystów wszelkiej maści. A także miejsce, gdzie syndrom Stendhala plasuje się na szczycie wszystkich oficjalnych syndromów miejskich. Już przechadzając się po najsłynniejszym muzeum świata – Musee du Louvre, przyjezdny powinien przygotować się na "zmęczenie materiałem", którego objawami są, między innymi, wysoka gorączka, osłabienie, halucynacje... Mnie, w przeciwieństwie do większości turystów, zamiast syndromu Stendhala, dopadł jego "odłam", a mianowicie syndrom paryski. 
Paris, Paris – tyle "zachodu", tyle kombinowania, organizowania, by w końcu dobrnąć do tej jednej wielkiej galerii sztuki, by spędzić romantyczny weekend (a może i cały tydzień) w rodzinnym domu Wieży Eiffla, pozującej cierpliwie do nieciekawych snapshotów, sztucznie uśmiechającej się do tysięcy obiektywów różnych rozmiarów, a w rezultacie... Brak słów. Brak zachwytu. Żadnych fajerwerków. Biedni azjatyccy turyści czują się oszukani. Miszmasz kulturowy - skutek fali imigracyjnej napierającej na "miasto elegancji i sztuki" już od długiego czasu - dał się we znaki i nie odpuszcza. Dla wielu ziemia obiecana, dla innych - fantastyczny rynek zbytu. Tubylców ubywa, odwieczna legenda o Paryżanach w eleganckich grubych paltach, w małych, dodających animuszu, kapeluszach, przechadzających się słynnym bulmiszem, przesiadujących w narożnych cafétéria na najmniejszych krzesełkach, przy najmniejszych stoliczkach świata, coraz bardziej się rozmywa, znikając we mgle historii, tak jak znikają wspomnienia, które już nigdy nie wrócą.
Bo Paryż z pocztówek, z filmów, z książek, Paryż "paryski" - nigdy nie wróci. Prawda bolesna, smutna, może dla wielu trochę zaskakująca, ale czy to właśnie nie ludzie są winni takiej rzeczywistości? Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Ale najważniejsze, żebyś zasnął.