Przemierzając paryskim metrem (linią 13, 14, a następnie 7: wolno, szybko, wolno) zimne miasto, witające mnie jak co dzień swoimi rozpostartymi szeroko bulwarami, wciąż zamyślałam się nad dokonywaniem wyborów. Nad tym, czym mam się kierować, mając podjąć jakąś decyzję. Jakie pobudki mają skłonić mnie do zrobienia tego, a nie tamtego. Owszem, każdy podjął w swoim życiu choć raz decyzję pod wpływem emocji, postanowił zrobić coś spontanicznie, pochopnie się wypowiedział. Ale ile można tak funkcjonować? Ostatnie miesiące postanowiłam przełknąć, powierzając swój los właśnie takim frazesom - "co ma być, to będzie", "raz kozie śmierć", a w końcu "carpe diem!". I nie cieszę się z tego powodu.
Wybory to jeden z najtrudniejszych i zarazem najważniejszych (niestety takie przymiotniki często chodzą parami) aspektów życia. Tak naprawdę wyborów dokonujemy już od wieku niemowlęcego, poprzez dzieciństwo i - niestety - coraz intensywniej od momentu osiągnięcia dojrzałości. Nie czuję się dojrzała, ale wiem, że wkroczyłam już pewnym krokiem w dorosłe życie. To moment, w którym zaczęłam być świadoma zbyt wielu rzeczy. W jednym momencie świat zaatakował mnie z każej strony – wystawioną na wszelkie próby czasu i okoliczności, młodą, niedoświadczoną, nagą...
Dziwne wydaje mi się osądzanie innych ludzi. "Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem". Tego nauczyło mnie do tej pory życie, aczkolwiek jest to nauka trudna i bardzo powolna. Nawet gdy błąd popełni się wiele razy, nadal nie stać niektórych na wyciągnięcie wniosków. Ja swoje wyciągam powolutku, sennie, bez presji. Codziennie liczę na cud, łaskę, błogosławieństwo lub cokolwiek w ten deseń, żebym umiała już nie popełniać głupich i bolesnych błędów. Przekleństwem ludzkim jest to, że tak się nie da. Kłody pod nogami będą zawsze, a my zawsze będziemy się o nie potykać. Zastanawia mnie tylko jedno: is this a curse or a blessing?
czwartek, 7 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz